Reklama

Ma 100 lat i wciąż się uczy

2018-08-08 10:23

Małgorzata Cichoń
Edycja małopolska 32/2018, str. VI

Małgorzata Cichoń
Barbara Kaden-Swolkień – 100-latka na uniwersytecie

Choć to już niezwykła okazja, by ją przedstawić na naszych łamach, jest i kolejna – pani Barbara od 7 lat studiuje na Uniwersytecie Trzeciego Wieku (UTW) przy Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie, a tuż po wakacjach ma zamiar podjąć studia stacjonarne z teologii. Jeśli więc ktoś – ze względu na swój wiek – obawia się podjąć nowego wyzwania, powinien poznać sekret żywotności tej 100-latki. Musi go jednak odczytać pomiędzy wierszami...

O co (nie) pytają

Spotykamy się w pokoju profesorskim na UPJPII, towarzyszy nam ks. dr hab. Jan Dziedzic, prof. UPJPII, kierownik ds. tutejszego UTW. – Ostatnio stała się pani osobą bardzo medialną. Udziela wywiadów: „Dziennikowi Polskiemu”, TVN, a teraz „Niedzieli”. Jakie pytania stawiają najczęściej dziennikarze? – postanawiam przejść do meritum. A Barbara Kaden-Swolkień bez wahania stwierdza: – O receptę na długowieczność. Tymi pytaniami jestem zasypywana nie tylko przez dziennikarzy, ale i osoby, które mnie znają z ulicy.

– I co im pani odpowiada? – Zgodnie z prawdą, że nie mam recepty. Nie utrzymuję diety, co teraz jest uznane za jedną z przyczyn śmierci, bo wpływa na choroby kardiologiczne. Jednak już od dzieciństwa nie lubiłam tłuszczy: do dziś nie znoszę masła. Nawet jeżeli kawałek pieczywa odkrojono nożem po maśle, to już tego nie zjem. Kiedyś jajka były w niełasce, teraz wróciły i spożywam je w ilości 2-4 na tydzień. Słodycze bardzo lubię, natomiast herbata musi być bez cukru, bo bym nie wypiła. Gdy w dzieciństwie z jedzenia masła zwolnił mnie znany pediatra, to brałam za to coś słodkiego do chleba, wobec czego popijałam już gorzką herbatą – zdradza swe nawyki żywieniowe urodzona w Rabce-Zdroju seniorka.

Reklama

– A o co ludzie nie pytają, choć chętnie by im pani opowiedziała, mając doświadczenie 100 przeżytych lat? – przechodzę do poważniejszych zagadnień. – Z rozmowy z dziennikarzami TVN wywnioskowałam, że słuchają Radia Maryja. Mówiłam im, że to jest mój uniwersytet, z kolosalną różnorodnością tematyki, zbieżnością ze współczesnymi wydarzeniami, popularyzacją Starego i Nowego Testamentu, co jest dla mnie rzeczą bardzo istotną, bo postanowiłam przeczytać całą Biblię. Nie bardzo mi się to udaje, szczególnie jeśli chodzi o Stary Testament. Wiek robi już swoje i gdy np. położę się w ciągu dnia – potrafię przespać audycję, która mnie interesuje. A zawsze staram się słuchać ks. prof. Henryka Witczyka. To mój ulubiony teolog, który jest jednym z prowadzących audycję pt. „Szukając Słowa Bożego”. Dzięki niej jestem przygotowana do udziału w niedzielnej liturgii.

Spełnione życzenia

– Czy długie życie jest wartością? Przecież wszyscy sobie tego życzymy, śpiewając „100 lat” – dopytuję. – Uważam, że to wspaniały wiek! Ta długa doczesność daje możność poprawy życia i, jak to się mówi, „dostania do nieba” – odpowiada pani Barbara. Myli się jednak ten, kto sądzi, że czas przeszedł jej bezproblemowo. Po 10 latach małżeństwa jej rodzice rozwiedli się. Brat i ojczym zginęli w Auschwitz. Pochowała męża, a niedawno – najstarszego syna. Sama uległa dwóm wypadkom i pomimo zaawansowanej osteoporozy, jej kości nie złamały się. – Lekarz prowadzący uważa to prawie za cud, a rodzina mówi, ze jestem z żelaza – uśmiecha się seniorka.

Życząc sobie 100 lat dodajemy: „w miłości, radości, zdrowiu”. A co pomaga przejść przez te „ciemniejsze” dni? – Bardzo pomaga wiara. Wiadomo, że ludzie wierzący mają motywację całkiem różną od niewierzących. Tak się złożyło, że gimnazjum w Rabce, do którego uczęszczałam, prowadziły bardzo religijne panie: Irena, Zofia i Krystyna Szczuka. Ta ostatnia skończyła teologię i nam ją wykładała. Nigdy nie opuszczałam niedzielnej Eucharystii, a dziś staram się być na niej codziennie. Należę do parafii Mariackiej w Krakowie, a na Mszę św. chodzę do podlegającego jej kościoła św. Marka, gdzie posługują księża z UPJPII. Co miesiąc przystępuję co sakramentu pokuty i pojednania – mam stałego spowiednika, który jest równocześnie moim kierownikiem duchowym i każdorazowo poświęca mi na ten sakrament godzinę czasu. Jeśli chodzi o modlitwę, lubię „Ojcze Nasz”. W ciągu dnia preferuję akty strzeliste. Różne, swoimi słowami, np. często modlę się za zmarłych z rodziny – wyznaje seniorka.

Czy jej życie religijnie na emeryturze „rozkwitło”? – Gdy pracowałam jako lekarz (w Szpitalu Uzdrowiskowym w Krynicy, a także w Nowym Domu Zdrojowym na oddziale klinicznym, którego konsultantem był znany hematolog prof. Tadeusz Tempka) i prowadziłam dom, nie miałam możliwości być codziennie na Eucharystii. Dzieci mówią, że teraz jestem dewotką. Twierdzą też, że nie mogę mieć szerokich horyzontów, słuchając np. tylko jednego radia. A mnie szkoda czasu na kolejne serwisy informacyjne w innych stacjach. Jestem więc uważana w rodzinie za czarną owcę. Ale sobie z tego nic nie robię. Wybieram się – nie wiem, czy to się uda – na Sylwestra Radia Maryja do Torunia. Może by się z UTW kilka osób uzbierało na wspólny wyjazd? (Seniorka zwraca się do obecnego z nami ks. Jana Dziedzica). Ja bym miała oprócz siebie dwie pasażerki... Mam marzenie, żeby zatańczyć tam z o. Janem Królem, z pochodzenia góralem.

Twarz Uniwersytetu

Pani Barbara, „twarzą” UTW przy Uniwersytecie Papieskim, została jako 93-latka. – O studiach dla seniorów dowiedziałam się całkiem przypadkowo od znajomej dietetyczki, która tak jak ja przeniosła się z Krynicy do Krakowa. Powiedziała, że można się zapisać. Na drugi dzień po spotkaniu z nią zrobiłam to i jestem bardzo zadowolona. Interesują mnie zwłaszcza zajęcia z Biblii i teologii. Audycje w Radiu Maryja ułatwiają mi zrozumienie trudniejszych wykładów – przyznaje aktywna 100-latka.

Można powiedzieć, że „gen” otwartości na naukę i nowe wyzwania, pani Barbara odziedziczyła po przodkach. Jej ojciec, dr Adam Kaden, był literatem, malarzem i architektem. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, m.in. u prof. Ignacego Chrzanowskiego (ojca bł. Hanny Chrzanowskiej). – Tato był też mecenasem sztuki i nauki, wszechstronnie utalentowanym, z wyłączeniem muzykalności, czego i ja nie posiadam. Dobrze znał się z marszałkiem Józefem Piłsudskim, a nawet służył w Legionach, choć krótko, ze względu na stan zdrowia – opowiada córka Adama Kadena.

Jej dziadkiem (od strony matki), a zarazem ojcem chrzestnym, był Zygmunt Markowski, zasłużony w Polsce prof. medycyny i weterynarii. Z kolei dziadek ze strony ojca, lekarz pediatra dr Kazimierz Kaden, został właścicielem uzdrowiska w Rabce. A prapradziadek Ernest Leopold Kaden, weteran powstania listopadowego, to inżynier górnictwa i hutnictwa. Rodzina wywodzi się z Kadania w Czechach. Jak można przeczytać w internecie, jej przedstawiciele w XVI wieku bywali burgrabiami w Norymberdze, a od XVII wieku osiedlili się w Saksonii, gdzie pełnili godności na dworze Wettinów.

Geny pani Barbary, za przyczyną małżeństwa z kolegą ze studiów medycznych, Andrzejem Swolkienem, „połączyły” się z genami z Kresów, Litwy. Jaki więc moja rozmówczyni ma teraz charakter? – Dzieci mówią, że jestem uparta. Zgadzam się, jestem uparta, ale w pozytywnym celu – odpowiada z uśmiechem.

Ważne szczegóły

Po wakacjach 100-latka ma zamiar podjąć na UPJPII studia stacjonarne z teologii. – Jestem dalej zainteresowana rozwojem wiary – wyjaśnia. I od razu dopytuje ks. Jana, czy jest możliwe, by zapisała się na grekę i łacinę. Bo języki to jej hobby. W gimnazjum uczyła się francuskiego. Niemieckiego nauczyła się sama, nie mając żadnych kontaktów z Niemcami w czasie okupacji. Drugie jej hobby to meble antyczne. A motywacja, która sprawiła, że przed laty pani Barbara wybrała medycynę, jest wciąż aktualna: – Interesuje mnie człowiek – stwierdza emerytowana lekarka.

Czy myśli o przejściu do wieczności? – Chciałabym mieć przynajmniej dwa tygodnie na przygotowanie się. Bo uważam, że to najważniejszy dzień w życiu. Imponuje mi moja kuzynka, która świadomie umierała. Zaprosiła całą rodzinę i się z nimi żegnała.

– Trzeba przywiązywać wagę do każdego dnia, jakby miał być ostatnim. Ta dewiza bardzo mi odpowiada – mówi pogodna seniorka. – Bo przecież sto lat nie bierze się z niczego, składa się z poszczególnych dni, chwil... – zamyślam się. A moja rozmówczyni potwierdza: – Nasze życie składa się ze szczegółów. Przykładowo, dobry obiad to też istotna sprawa!

Mówi ks. Jan Dziedzic:
– Barbara Kaden-Swolkień jest jedną z najpilniejszych studentek Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy UPJPII. Systematycznie uczęszcza na zajęcia, dni skupienia oraz inne uczelniane wydarzenia.

Tagi:
sylwetka

Sprawiał, że lecieliśmy wysoko

2018-12-11 12:41

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 50/2018, str. 10-11

„Polityka nie musi być wredna” – często powtarzał 41. prezydent USA – George Herbert Walker Bush, który zmarł 30 listopada 2018 r. Mawiał też: „Co zrobiłem dobrze, a co źle – zdecydują historycy”

wikipedia.org
George Herbert Walker Bush, jak podkreślają jego przyjaciele, znajomi, ale też konkurenci polityczni, był człowiekiem niezwykłego formatu

George Herbert Walker Bush odszedł w otoczeniu najbliższej rodziny i przyjaciół. Podczas kolejnego kryzysu w chorobie nie chciał wracać do szpitala, wolał umrzeć w domu. Powiedział, że chciałby już spotkać się ze swoją zmarłą przed siedmioma miesiącami żoną. Także z córeczką, która odeszła, gdy miała trzy lata.

Bliscy o prezydencie Bushu

Jego przyjaciele, znajomi, ale też konkurenci polityczni powtarzają, że był człowiekiem niezwykłego formatu. Lojalny, uczciwy, koleżeński. Podkreślają, że zawsze szukał dobra w każdej osobie. O swojej pracy dla kraju mówił: „Służba innym jest służbą do końca życia”.

Niezwykle pracowity i rzetelny. Grzeczny. Dziękował innym za to, że z nim byli. Zawsze uprzejmy dla swoich współpracowników – zarówno tych, którzy zajmowali najwyższe stanowiska w Białym Domu, jak i tych, którzy stali najniżej w hierarchii. W polityce był konsekwentny i – jak podkreślają politycy z innych państw – był najwyższych lotów dyplomatą. W swoich notatkach były prezydent Francji François Mitterrand nazwał George’a Busha mistrzem dyplomacji. A przy tym był człowiekiem o wielkim poczuciu humoru.

Syn 41. prezydenta USA – George W. Bush, 43. prezydent Stanów Zjednoczonych, często odwoływał się do tego, co powtarzał jego ojciec: „Nie może być tak, że dzieciom zostawimy po sobie większe auto czy większy dom. Trzeba im zostawić przyjaźń, miłość. System wartości”. – Uczył nas również, że służba publiczna jest niezbędna i że można służyć w sposób uczciwy, będąc przy tym wiernym takim wartościom, jak wiara i rodzina. Prezydent USA w podobnym tonie pisał w biografii poświęconej ojcu, zatytułowanej: „41 – portret mojego ojca – książka syna George’a H. W. Busha”. Podobnie mówił Jon Meacham, historyk, zdobywca Nagrody Pulitzera, a zarazem biograf zmarłego prezydenta, w książce: „Przeznaczenie i moc: amerykańska odyseja George’a Herberta Walkera Busha”. Jego przemówienie podczas pogrzebu prezydenta w katedrze było pełne admiracji i niekłamanego podziwu.

– Sprawiał, że lecieliśmy wysoko – powiedział podczas pogrzebu republikański senator Mitch McConnell. – Była w nim dobroć – podkreślił z kolei obecny wiceprezydent Mike Pence w wypowiedzi dla jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych. Był też prostolinijny. Zapytany podczas jednego z wywiadów, czy to właśnie wybór na prezydenta był najszczęśliwszym dniem jego życia, bez wahania odpowiedział: „Najszczęśliwszym dniem był ten, kiedy wróciłem z wojny”.

Kiedy przegrał rywalizację z Billem Clintonem, kandydatem demokratów, nie obrażał się na świat i na rywala, ale odchodząc z Białego Domu, zostawił swemu następcy list: „Drogi Billu. Życzę Ci, żebyś zaznał tu szczęścia. (...) Czekają Cię trudne chwile. Jeszcze trudniejsze z powodu krytyki, którą uznasz za niesprawiedliwą. Nie jestem dobry w dawaniu rad, ale nie zniechęcaj się, nie zbaczaj z obranej drogi. Gdy będziesz czytać ten list, będziesz już naszym prezydentem. Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego dobrego. Twój sukces będzie sukcesem naszego kraju. Powodzenia”.

Podobnie się zachował, kiedy jego syn George W. Bush został 43. prezydentem USA. Syn wspominał o tym w wypowiedzi dla stacji telewizyjnej CNN: – To nie była misja: młody Bush na prezydenta, ale to była misja: jak najlepiej służyć Stanom Zjednoczonym. Jak ulepszyć ten kraj. Były 43. prezydent podkreślił, że według jego ojca, trzeba dawać społeczeństwu wszystko, co ma się najlepsze.

Jak wspominają bliscy zmarłego prezydenta, jego odpowiedzialność za kraj wynikała w dużym stopniu z tego, że był człowiekiem wielkiej wiary. Mówił też o tym biskup, a zarazem przyjaciel rodziny – Michael Curry podczas Mszy św. w narodowej katedrze Kościoła Episkopalnego w Waszyngtonie. Z kolei przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych kard. Daniel N. DiNardo napisał po śmierci George’a H. W. Busha: „Z wdzięcznością wspominamy tego wielkiego człowieka, który bezinteresownie poświęcił życie w służbie swej ojczyzny. Będąc niezłomnie zaangażowanym w budowanie mostów pokoju i zapewnianie naszemu narodowi wolności, był także natchnieniem dla wielu, jako oddany mąż, ojciec i patriarcha rodziny”.

„Przez swą autentyczność, rozbrajający czar i niezłomne oddanie wierze, rodzinie i ojczyźnie prezydent Bush zainspirował całe pokolenia swych rodaków, poświęcających się służbie publicznej, by stać się, używając Jego własnych słów, «tysiącem świetlnych punkcików», oświetlających wielkość oraz nadzieję i możliwości, jakie Ameryka daje światu. (...) Obdarzony trzeźwym osądem, zdrowym rozsądkiem i spokojem znamionującym przywódcę prezydent Bush poprowadził naród amerykański i świat ku pokojowemu i zwycięskiemu zakończeniu zimnej wojny.

Jako prezydent położył podwaliny pod dziesięciolecia dobrobytu, jakie później nastąpiły. Mimo tych wszystkich osiągnięć zachował pokorę, podążając za głosem powołania, które wyznaczało mu jasny kierunek. Zapamiętamy prezydenta Busha za życie w służbie dla ojczyzny, ale też za oddanie rodzinie – zwłaszcza Barbarze, miłości Jego życia. Jego przykład wciąż żyje i będzie nadal inspirował kolejne pokolenia Amerykanów do osiągania wielkich celów” – napisał po śmierci Busha prezydent Donald Trump.

Potrzebny Panu Bogu

George Herbert Walker Bush urodził się 12 czerwca 1924 r. Ukończył prestiżową Phillips Academy i zrobił sobie „prezent” urodzinowy wstąpieniem do wojska w czasie II wojny światowej. Służył jako pilot w lotnictwie marynarki wojennej. Brał udział w wielu misjach, z których kilka do dzisiejszego dnia uważanych jest za tajne. Podczas jednej z wypraw jego samolot został zestrzelony. Zginęli dwaj jego koledzy. On sam po kilku godzinach niemal beznadziejnego zmagania się z wodnym żywiołem został uratowany. Jak sam później wielokrotnie mówił: „Widać byłem do czegoś jeszcze Panu Bogu potrzebny na tej ziemi”.

Po wojnie, w 1945 r., poślubił Barbarę Pierce, z którą przeżył ponad 73 lata. Urodziło im się czterech synów i córka. W tym też czasie podjął studia ekonomiczne na prestiżowym Yale University, a następnie zatrudnił się w przemyśle naftowym. Z czasem założył własną firmę. Z początkiem lat 60. ubiegłego wieku zajął się też działalnością polityczną, wiążąc się z Republikanami do końca życia. Stopniowo zdobywał kolejne szczeble kariery. Zasiadał w Izbie Reprezentantów, sprawował misję ambasadora przy ONZ, był też szefem CIA. W latach 1981-89, za kadencji Ronalda Reagana, jak sądzono, osiągnął szczyt kariery, pełniąc funkcję wiceprezydenta USA. Jednak nie. Został 41. prezydentem USA. Przegrał walkę o drugą kadencję, ale jak pisał Jon Meacham, osiągnął to, czego nikt od czasu Martina Van Burena w 1836 r. nie dokonał: wygrał wybory jako dotychczasowy wiceprezydent.

Niech patrzą na Polskę

Przez dwie kadencje swojej wiceprezydentury George Herbert Walker Bush zajmował się m.in. sprawami polskimi, zwalczając wspólnie z Ronaldem Reaganem sowieckie imperium zła. Kiedy więc przyjechał do Polski po raz pierwszy, w 1991 r., mówił o naszych problemach z dużym znawstwem. W trakcie swojego przemówienia w Stoczni Gdańskiej prezydent Bush przywołał odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. Powiedział, że jej fundamentem były nadzieja i ciężka praca. Dziękował również polskiemu narodowi oraz ludziom Solidarności za „odwagę, mądrość i cierpliwość w walce o niepodległość kraju”. Dawał Polskę jako przykład innym narodom na to, jak mądrze zdobywać wolność. I jak można „zmieniać marzenie w rzeczywistość mimo wielkich przeciwności”. „Dziś do tych, którzy myślą, że nadzieje mogą być na trwałe stłamszone, mówię: Niech patrzą na Polskę! Tym, którzy uważają, że wolność może być na zawsze odebrana, mówię: Niech patrzą na Polskę! Do tych, którzy myślą, że marzenia mogą być trwale stłumione, mówię: Popatrzcie na Polskę”.

Podczas kilkuminutowej rozmowy w rezydencji ówczesnego ambasadora USA w Warszawie prezydent Bush powiedział do nas, dziennikarzy: „Najtrudniejsze jest przed wami. Bo wy, jako dziennikarze, ze szczególnie wielką odpowiedzialnością i przezornością, a zarazem odwagą powinniście wznosić swój kraj. By nie zburzyć tego, co już zostało zbudowane”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przejmujące słowa matki Stefana W.: Bardzo przepraszam za moje dziecko

2019-01-21 12:26

wpolityce.pl/PAP

Prezydent.pl

Tyle osób skrzywdził, prezydenta, jego rodzinę, nas, a ja nadal jestem matką; to najtrudniejsze uczucie, jakie można sobie wyobrazić - podkreśliła w wywiadzie dla „Dużego Formatu” Jolanta, matka Stefana W., który zabił prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Bardzo przepraszam za moje dziecko - powiedziała.

Pytana, w jaki sposób dowiedziała się o tym, co zrobił syn, kobieta odparła:

Jeden z moich synów do mnie zadzwonił: „Mamo, Stefan dźgnął nożem prezydenta Adamowicza i teraz go reanimują”. A syn dowiedział się od kolegi, który oglądał relację z Orkiestry i zatelefonował, by mu powiedzieć. Włączyłam telewizor, już wszyscy o tym mówili, prezydent był właśnie przewożony do szpitala. Zaczęłam płakać, mąż również, mówiliśmy do siebie: „To niemożliwe”

— czytamy w wywiadzie.

Matka Stefana W. przyznała, że znała tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska.

Pracuję w placówce oświatowej, pan prezydent był u nas kiedyś na rocznicy. Ciepły, dobry człowiek. Nieraz widywałam go na ulicy, w centrum miasta, pewnie szedł do pracy. Mówiliśmy sobie dzień dobry. Gdy pan prezydent był operowany, cały czas myślałam, że z tego wyjdzie. Następnego dnia, w poniedziałek, składałam na policji zeznania i byłam pewna, że okaże się, że już wszystko dobrze

— dodała.

Na pytanie, czego oczekiwała od policji, gdy ostrzegała przed synem, pani Jolanta podkreśliła, że jej zdaniem „nie powinien wychodzić albo ktoś powinien go obserwować”.

Ale usłyszałam, że nie ma podstaw, że zgłoszą tylko swoje wątpliwości zakładowi karnemu. Nikt się ze mną później nie kontaktował

— podkreśliła.

Skończyłam resocjalizację, rozumiałam, co się dzieje, ale skoro mój syn został wypuszczony, nie wińcie mnie, proszę, ani moich dzieci. Co mieliśmy zrobić?

— dodała.

W wywiadzie padło też pytanie, jak myśli o synu.

To jest najtrudniejsze. Jako matka wciąż go kocham. Tylko rozpaczam, że zrobił coś strasznego. Tyle osób skrzywdził, prezydenta, jego rodzinę, nas… A ja nadal jestem matką

— mówiła pani Jolanta.

To najtrudniejsze uczucie, jakie można sobie wyobrazić. Urodziłam syna, który zabił człowieka, i muszę z tym żyć. Ale nigdy się go nie wyrzeknę. Będę z tym cierpieniem już do końca życia, choć syna straciłam na zawsze. Na wolności najpewniej już go nie zobaczę

— dodała.

Po zamachu na prezydenta w nocy wpadła policja, z bronią w ręku, zabrali synów na przesłuchanie

— relacjonowała w wywiadzie matka Stefana W.

Niech nas ktoś zrozumie, on skrzywdził także nas. Tak bardzo bym chciała prosić żonę, dzieci, rodziców oraz brata pana prezydenta o wybaczenie, ale wiem, że proszę o dużo i być może będę musiała na to długo poczekać. Dlatego chciałam tego jedynego wywiadu – żeby dotarły do nich moje słowa: bardzo państwa przepraszam. Bardzo przepraszam za moje dziecko

— zaznaczyła pani Jolanta.

Jak mówiła, impulsem do tego, by pójść na policję, było ostatnie widzenie z synem.

W trakcie ostatniego, listopadowego widzenia znów mówił, że wydarzyła mu się krzywda. Zdrowie mi zniszczyli, powtarzał, i że zrobi coś spektakularnego. Wystraszyłam się. Niektórzy z rodziny nie chcieli go już odwiedzać

— powiedziała.

Przyznała jednocześnie, że „miała taką myśl”, żeby iść „w poniedziałek i wziąć udział w wiecu poświęconym jego pamięci albo w środę postawić znicz na placu Solidarności, ale nie miałam siły”.

Te tłumy ludzi… Nie byłam w stanie zrównać się z tą tragedią. O udziale w pogrzebie nie miałam odwagi nawet pomyśleć

— czytamy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

V Parafialny Koncert Kolęd we Wręczycy Wielkiej

2019-01-21 17:55

Parafia we Wręczycy Wielkiej

Odbył się w niedzielę 20 stycznia. Uczestniczyli w nim: chór parafialny parafii św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny we Wręczycy Wielkiej, schola liturgiczna Domine Jesu z Częstochowy, zespół Siódme Piętro z Wręczycy Wielkiej, chór gminny „Con Amore” z Wręczycy Wielkiej, zespół Cantate Deo z Wręczycy Wielkiej, Dzieci Boże parafii św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny we Wręczycy Wielkiej oraz zespół śpiewaczy Wręczynki z Wręczycy Wielkiej.

Archiwum parafii we Wręczycy Wielkiej
Zobacz zdjęcia: Koncert Kolęd we Wręczycy Wielkiej

– Cieszę się, że ludzi w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach połączyło wspólne kolędowanie na chwałę Nowonarodzonego. Wierzę, że takie wydarzenia łączą bardziej wspólnotę parafialną – powiedział ks. Andrzej Olejnik, wikariusz parafii i główny organizator koncertu.

– Coroczne koncerty są dla mnie głębokim przeżyciem wspólnotowym, spotkaniem w rodzinie Kościoła. Liczę na to, że nasz chór będzie się nadal powiększał liczebnie, ale równocześnie nie zatraci ducha służby i rodzinnej atmosfery, której doświadczamy na próbach i na liturgii – mówił kierownik chóru parafialnego Parafii św. Józefa Oblubieńca NMP we Wręczycy Wielkiej – Cieszę się, że tyle zespołów wzięło udział w tym pięknym kolędowaniu na chwałę Pana.

Anna Biernacka, członek chóru parafialnego z radością stwierdza: – Wielką radością moją i męża jest to, że moja córeczka, Martynka i wszystkie dzieci z grupy Dzieci Bożych wzrastają w wierze i miłości do Jezusa. Przez swój śpiew podczas tegorocznego koncertu kolęd dały piękne świadectwo. Moje dziecko bardzo cieszyło się, że mogło wziąć udział w tym radosnym wydarzeniu. – Ufam, że ziarno zasiane wyda plon obfity – dodaje parafianka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem